Niekończące się PRAGNIENIA…

s. Sylwia Chojnacka MChR

 
Chyba każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu zatrzymując się nad własną historią życia odnosi ją czasem do jakieś postaci biblijnej. Niejednokrotnie widziałam siebie w historii Marii Magdaleny, a im bardziej poznawałam Jezusa czułam jak bliski jest dla mnie św. Piotr. Nie przeszło mi nigdy przez myśl, że mogłabym być w czymś podobna do Dawida. Zgłębiając jego osobę, coraz mocniej dochodzi do mnie ile mnie łączy z nim podobieństw. Naszym wspólnym mianownikiem jest słowo: PRAGNIENIA. Te, które we mnie były u początku mojej drogi z Jezusem i te nieustanne teraz.

Moja osobista droga do spotkania z Jezusem była kręta, wyboista, kamienista i z wieloma przeszkodami. Na szczęście On postawił na niej ludzi, wydarzenia, a przede wszystkim samego Siebie i nauczył mnie kochać. Pochodzę z rodziny, gdzie wiara była martwa a chodzenie do Kościoła to tradycja. Dorastałam w przekonaniu, że Bóg jest, ale zbytnio moje życie Go nie interesuje. W niedziele wychodziłam do Kościoła, ale często do niego nie dochodziłam. Nie czułam potrzeby, aby mieć cos wspólnego z Bogiem. Do czasu. W gimnazjum, które jest trudnym czasem przechodzenia buntu i wewnętrznego zmagania, poznałam pewną siostrę zakonną. Jej osoba mnie zaintrygowała, miała w sobie coś, co mnie pociągało, a za czym w głębi serca bardzo tęskniłam: SZCZĘŚCIEM. Ona pokazywała mi zupełnie inną perspektywę życia i próbowała prostować mój skrzywiony obraz Boga. Zaczęłam bardziej angażować się w życie parafii i sprawiało mi to nawet radość. Wspomniana siostra na zadane przeze mnie pytanie jaka jest recepta na szczęście odpowiedziała: Boża Miłość. I wtedy przyszło po raz pierwszy to PRAGNIENIE. Przeszło mi nawet przez myśl, że może i ja kiedyś wybrałabym taką drogę.

Jednak moja fascynacja Bogiem, wiarą i Kościołem szybko minęła. Wyjechałam do szkoły średniej z internatem, którą prowadziły siostry zakonne. Mogłoby się wydawać, że w takim środowisku moje życie duchowe może wzrastać. Skutek był odwrotny. Powiedziałam Bogu: „NIE” na długi czas. Towarzystwo, przelotne związki, życie od weekendu do weekendu – tak wyglądała moja rzeczywistość. Nie stawiałam sobie żadnych granic. Z zewnątrz wyglądałam jak twarda skorupa, która ze wszystkim sobie radzi. Jednak kiedy gasły „ światła reflektorów” i pozostawałam sama, byłam okropnie samotna i tęskniąca za Kimś, kto mnie prawdziwie pokocha. Tu znowu pojawiało się PRAGNIENIE, ale jeszcze mało uświadomione. Wiedziałam, że brnę w bagno, które mnie coraz bardziej niszczy, powoduje, że wewnętrznie jestem pusta. Byłam jak owa Samarytanka, która woła: „ Daj mi pić.”

W tamtym czasie do naszej szkoły przyjechał kapłan, który prowadził rekolekcje. Chodziłam na nie z obowiązku. Jednak to był moment w którym Jezus bardzo mocno mną „ potrząsnął”. Ów wspomniany ksiądz jak mantrę powtarzał o Bożej miłości. Ten temat dla mnie był osobiście bardzo drażliwy i bolesny. Ponieważ słowo : miłość- kojarzyłam z bólem i rozczarowaniem. Właśnie ta miłość stała się dla mnie bramą do nowego życia. Miałam wrażenie, że każde usłyszane słowo kierowane jest do mnie. W głowie nie ustawało zdanie: „ Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego.” Gdzieś w głębi serca słyszałam: „ Nic nie jest jeszcze stracone, ja czekam na ciebie. Pragnę ciebie mimo twych grzechów.” I tu pojawiło się PRAGNIENIE, ale Jego. Poczułam wtedy, że Komuś na mnie tak naprawdę zależy.

Pociągnięta tymi myślami poszłam do spowiedzi, przełamałam się, wykrzyczałam Jezusowi cały mój ból i ciężar. W tamtym momencie coś we mnie pękło, rozpoczął się czas oczyszczania, uzdrawiania. Nie był to łatwy okres mojego życia, ale błogosławiony. Czułam się jak ta owca znaleziona przez Pasterza. Często powtarzałam słowa Psalmu 23: „ Chociażbym chodził przez ciemną dolinę zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.”

Doświadczałam działania Boga ŻYWEGO. Tego, który zaprasza mnie do czegoś PIĘKNEGO. Trudno mi było uwierzyć w to, że kogoś takiego jak ja – On może zapragnąć dla siebie. Skupiłam się na swojej słabości, zapominając, że On : „ Nie przyszedł powołać sprawiedliwych, ale grzeszników.” Wszystkie racjonalne argumenty podobnie jak u Dawida – podpowiadały, że nie nadaje się. Dopiero przyjęcie Prawdziwej Miłości Chrystusa uzdolniło mnie do odpowiedzi na Jego wezwanie. Uświadomiłam sobie wtedy, że to On mnie pierwszą ukochał i zapragnął. To nie ja wyszłam z inicjatywą, ale On sam. Nie moimi siłami, ale Jego łaską podjęłam drogę życia zakonnego. Słowa z mojego obrazka ślubnego: „ Wystarczy Ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali”, są dla mnie zapewnieniem, że dopóki w łodzi mojego życia będzie Jezus to z Nim się nie roztrzaskam. Od Niego dostałam NOWE ŻYCIE. Jego Miłość rozpalała serce Dawida palącym PRAGNIENIEM Jego Samego i ja zaproszona jestem do tego, aby PRAGNIENIE życia z Nim na maxa we mnie nie gasło. On z mojej małości uczynił mi WIELKIE RZECZY!

Za św. Pawłem mogę powiedzieć: „ ZA ŁASKĄ BOGA JESTEM TYM, CZYM JESTEM. JEGO MIŁOŚĆ UCZYNIŁA MI TO WSZYSTKO.”

 

#świadectwa
#PrzestrzeńDucha